Wiele zachwytów czy też patetycznych słów zostało już powiedziane…
Fotografia ślubna jest zlepkiem wielu sztuk fotograficznych – od makro (obrączki), zbliżenia na detale, reporterskie (właściwie główna część), poprzez glamoure – czyli zdjęcia plenerowe. Niewielu fotografów potrafi odnaleźć się w gąszczu potrzeb klientów. Niektórzy nawet nie starają się – wychodzą z założenia, że klient powinien w pełni akceptować ich styl, a wszelkie przejawy braku akceptacji dla pomysłów fotografa uznawane będą za fanaberie rozkapryszonej panny młodej czy też zdziecinniałego pana młodego. Być może jest to nawet słuszne założenie. Fotograf bądź co bądź powinien od początku do końca kontrolować sytuacje. Wystarczy delikatna uwaga, że światło nieodpowiednie a już przygotowania zmieniają swoje miejsce, a rodzina posłusznie opuszcza nowy – przygotowawczy lokal. Fotograf właściwie tylko raz czuje się nieswojo – w kluczowym punkcie dnia. Wchodzi on na dziki teren, którego nijak nie może kontrolować… Ba! musi się nawet podporządkować. Brak akceptacji regulaminu – ścięcie głowy! Jednak zaraz po opuszczeniu ciężkich murów, fotograf znów powinien odzyskać kontrolę.
Częstym przykładem walki o terytorium jest współpraca fotografa z kamerzystą. On (fotograf) wie, że kamerzysta wie, że zajęcie strategicznie najlepszego miejsca w kościele to połowa sukcesu. Ważne jest także niesłychanie kontrolowanie obszaru przed poruszającą się parą młodą. Tutaj zdecydowanie może wygrać fotograf – jego ultraszerokie obiektywy są zupełnie niedostępne filmowym kolegom. Kamerzysta postanawia więc ograniczyć kadr tylko to twarzy panny młodej (i kawałka ucha młodego) – w ten sposób filmując 35 cm od twarzy zdecydowanie zwycięża. Lecz to nie koniec walki – 100W halogen (która bateria by to wytrzymała), wąs pod nosem (przecież każdy kamerzysta ma wąsy), nieodpowiedni ubiór – wszytko po to by wyprowadzić fotografa z równowagi…
Walka z kościoła przenosi się na sale weselną. Zniszczone morale fotografa – przecież to on miał kontrolować sytuacje musi być podreperowane. Odrobina środka przeczyszczającego w pysznej kawie dla pana videokręcioła…
Fotograf ślubny nie ma łatwego życia… cały czas czyha na niego jakaś niespodzianka… To najtrudniejszy zawód świata!
W sobotę miałem okazję fotografować ślub wspaniałej pary. Pan młody okazał się fotografem (ale dopiero w trakcie) – więc musiałem postarać się bardziej niż zwykle . Warunki nie były sprzyjające: pochmurne niebo, chłodnawo – dobrze że młodzi byli cały czas uśmiechnięci. Ślub odbył się w chyba najstarszym kościele w Pabianicach – św. Mateuszu z 1583 roku. Oczywiście kościół jest utrzymany bardzo ładnie – a jego wiek zdradza niewidoczne dla oczu zwykłych ludzi wejście na chór:
Wyjątkowo zakręcone wejście
Koniec gadania – oto oni: Marta i Daniel. Dziś tylko black and white – jakoś mnie tak naszło na mocne kontrasty, spore winiety, zesmolone czernie… ale IMHO dodaje to tylko reporterskiego charakteru…. zresztą – sami możecie zobaczyć