Przeczytałem ostatnio że tylko dwóch fotografów w tym kraju pokazuje całe materiały… i zacząłem się zastanawiać… czy jest sens pokazywać cały materiał… w moim wypadku nie ma…
Oddaje więcej zdjęć (klientowi) niż Ci fotografowie i pokazywanie 200-300 fotografii byłoby katorgą dla wielu oglądających (prócz samych zainteresowanych)… Ale zawsze można materiał ograniczyć i wybrać te najbardziej reprezentatywne fotografie… Ile należy pokazywać? Myślę że między 50 a 150 zdjęć – to już zależy od konkretnego zlecenia… Marta i Bartek zapewnili mi wiele okazji do zrobienia ciekawych zdjęć… Zadbali o to by strona wizualna miejsc gdzie robię zdjęcia była atrakcyjna… zadbali o swój uśmiech, szczęście, miłość…
Tak oto mamy 115 zdjęć które są podsumowaniem materiału… Materiał ma już wąsy – ale w związku z zawirowaniami osobistymi musiałem wiele spraw odłożyć do realizacji na później… (w tym aktualizacja bloga) – ale powoli wychodzę na prostą i obiecuję poprawę…
Wiele zachwytów czy też patetycznych słów zostało już powiedziane…
Fotografia ślubna jest zlepkiem wielu sztuk fotograficznych – od makro (obrączki), zbliżenia na detale, reporterskie (właściwie główna część), poprzez glamoure – czyli zdjęcia plenerowe. Niewielu fotografów potrafi odnaleźć się w gąszczu potrzeb klientów. Niektórzy nawet nie starają się – wychodzą z założenia, że klient powinien w pełni akceptować ich styl, a wszelkie przejawy braku akceptacji dla pomysłów fotografa uznawane będą za fanaberie rozkapryszonej panny młodej czy też zdziecinniałego pana młodego. Być może jest to nawet słuszne założenie. Fotograf bądź co bądź powinien od początku do końca kontrolować sytuacje. Wystarczy delikatna uwaga, że światło nieodpowiednie a już przygotowania zmieniają swoje miejsce, a rodzina posłusznie opuszcza nowy – przygotowawczy lokal. Fotograf właściwie tylko raz czuje się nieswojo – w kluczowym punkcie dnia. Wchodzi on na dziki teren, którego nijak nie może kontrolować… Ba! musi się nawet podporządkować. Brak akceptacji regulaminu – ścięcie głowy! Jednak zaraz po opuszczeniu ciężkich murów, fotograf znów powinien odzyskać kontrolę.
Częstym przykładem walki o terytorium jest współpraca fotografa z kamerzystą. On (fotograf) wie, że kamerzysta wie, że zajęcie strategicznie najlepszego miejsca w kościele to połowa sukcesu. Ważne jest także niesłychanie kontrolowanie obszaru przed poruszającą się parą młodą. Tutaj zdecydowanie może wygrać fotograf – jego ultraszerokie obiektywy są zupełnie niedostępne filmowym kolegom. Kamerzysta postanawia więc ograniczyć kadr tylko to twarzy panny młodej (i kawałka ucha młodego) – w ten sposób filmując 35 cm od twarzy zdecydowanie zwycięża. Lecz to nie koniec walki – 100W halogen (która bateria by to wytrzymała), wąs pod nosem (przecież każdy kamerzysta ma wąsy), nieodpowiedni ubiór – wszytko po to by wyprowadzić fotografa z równowagi…
Walka z kościoła przenosi się na sale weselną. Zniszczone morale fotografa – przecież to on miał kontrolować sytuacje musi być podreperowane. Odrobina środka przeczyszczającego w pysznej kawie dla pana videokręcioła…
Fotograf ślubny nie ma łatwego życia… cały czas czyha na niego jakaś niespodzianka… To najtrudniejszy zawód świata!
W sobotę miałem okazję fotografować ślub wspaniałej pary. Pan młody okazał się fotografem (ale dopiero w trakcie) – więc musiałem postarać się bardziej niż zwykle . Warunki nie były sprzyjające: pochmurne niebo, chłodnawo – dobrze że młodzi byli cały czas uśmiechnięci. Ślub odbył się w chyba najstarszym kościele w Pabianicach – św. Mateuszu z 1583 roku. Oczywiście kościół jest utrzymany bardzo ładnie – a jego wiek zdradza niewidoczne dla oczu zwykłych ludzi wejście na chór:
Wyjątkowo zakręcone wejście
Koniec gadania – oto oni: Marta i Daniel. Dziś tylko black and white – jakoś mnie tak naszło na mocne kontrasty, spore winiety, zesmolone czernie… ale IMHO dodaje to tylko reporterskiego charakteru…. zresztą – sami możecie zobaczyć
W mieście Łodzi pojawiła się koncepcja legalnych wyścigów ulicznych… 1/4 mili czyli około 400 m podczas takich wyścigów pokonuję się w około 10-20 sekund… Ta niewielka różnica zwykle oznacza albo dużo radości albo przeciętny samochód….
Koncepcja wyścigów na 1/4 mili pochodzi z USA, na Łódzkich drogach odbywała się w różnych miejscach. Niemniej jednak zawsze na spotkanie przyjeżdżały smerfy i trzeba było się szybko wynosić.. Obecnie za drobną opłatą można pościgąć się legalnie… Ponoć to nie to samo – choć ja mam trochę inne zdanie. Prezes Automobilklubu Łódzkiego zapowiedział, iż prócz ścigania na prostej będzie możliwość nauki jazdy „dla zaawansowanych”, gdzie jazda na wprost nie występuje. Uważam, iż pomysły zasługują na pochwałę, a same koncepcje jak się okazało bardzo innowatorskie. Nawet Top Gear mówiło o wyścigach w Łodzi – jest więc to coś co chyba przyciąga uwagę…
Oto fotorelacje z 2 imprez – 14 lutego oraz 20 marca:
Mikołaj pod choinkę obdarował mnie nowym przedłużeniem ręki – czyli myszką…
Jest to chyba najlepszy model myszki oferowany obecnie przez Logitecha. MX Revolution jak nazwa wskazuje ma być rewolucyjna… No i jest…
Przede wszystkim jej wygląd – trudno wyobrazić sobie myszkę która będzie bardziej kosmiczna. Poprzednia moja myszka (MX 500) w swoich czasach była równie rewolucyjna – do dnia dzisiejszego właściwie wszystkie firmy kopiują jej kształt.
Nowy MX jest kanciasty – dla niektórych może być to wadą – i rzeczywiście – pierwsze dni były ciężkie… Jednak po tygodniu ręka przyzwyczaiła się.
Myszka ponoć laserowa – co ponoć powoduje że działa wszędzie – poza szkłem i lustrem. Nie wiem – ja wole podkładkę :]
Bezprzewodowa – tego bałem się najbardziej… nie miałem czego – działa idealnie. Ładowanie odbywa się za pomocą dołączonej stacji dokującej. Akumulator miał rzekomo starczyć na 14 dni działania – starcza na 3. Na szczęście ładowanie przebiega szybko – a na myszce zainstalowany jest podświetlany wskaźnik naładowania baterii, dzięki czemu wiemy ile jeszcze podziałamy…
Co do precyzji prowadzenia kursora nie mam żadnych zastrzeżen. Przyzwyczaiłem się także szybko do nowego kółeczka za pomocą którego znacznie szybciej przewijamy ekran – jego duża bezwładność bardzo to ułatwia. Bardzo szybko spodobały mi się programowalne klawisze – pod kciukiem mam drugie kółeczko które zaprogramowałem na powiększanie/zmniejszanie – bardzo ułatwia mi to życie, gdyż były to czynności najczęściej wykonywane. Wstecz/ do przodu działa trochę opornie – czasem mam wrażenie że nie działa…
Natomiast największą wadą jest środkowy przycisk – który znajduje się pod kółkiem. Standardowo służy mi on do otwierania w nowym oknie linku… Tutaj też tak działa – ale chodzi ciężko, topornie. Trzeba bardzo mocno docisnąć je. Spowodowane jest to rozszerzoną funkcjonalnością owego kółka które przez lekkie wciśnięcie działa bez oporu – a po ponownym dociśnięciu przełącza się w trym z przeskokiem. Fajny bajer – ale kompletnie z niego nie korzystam…
Podsumowując – moja stara myszka leży obok i kurzy się. Polubiłem nową… dzięki niej pracuje zdecydowanie szybciej…
20 października miałem przyjemność robić zdjęcia na ślubie Kasi i Krzyśka. Dzień zacząłem dość wcześnie – gdyż w drogę do Sieradza wyruszyłem już o 10:30. Wczesne przygotowania spowodowane były wczesnym ślubem… Godzina 15 była wybrana nawet na moją prośbę… Światło dzienne jest po prostu lepsze… Przygotowania upłynęły dość szybko – w rodzinnej, miłej atmosferze.
Przed 15 wszyscy czekali już pod kościołem na przyjazd panny młodej. Pan młody – Krzysiek czekał na Kasie, która miała być prowadzona przez tatę do ołtarza. Ślub – co widać na zdjęciach, był dla młodych czymś wyjątkowym. Po ślubie udaliśmy się do Małkowa, gdzie w pałacyku miało odbyć się przyjęcie weselne. Nie ukrywam, że miejsce wyjątkowo urokliwe. Zabawa trwała do … wczesnych godzin rannych…
Kilka dni później spotkaliśmy się jeszcze raz… w samolocie do Sham-el-sheik. Zdjęcia powstały po kilkudniowym wypoczynku. Męczyłem młodych ile się dało
Tak odległe… jednak globalizacja dotarła i tam… Tam także jest boom na śluby, panny młode, wspaniałe torty, zdjęcia, filmy itd…
Pekin jako miasto to 13 milionowa metropolia. Jednak nie jest tak nowoczesne jak inne Chińskie miasta położone na południu. Jednak tam gdzie są ludzie… są także i śluby…
Zupełnie przypadkowo jakiś czas temu miałem okazję natrafić na arcydowcipną parodie filmu Seks w wielkim mieście. Może i zewnętrzną powłoką przypomina to odrobinę tamten serial, to jednak jest ambitniejszy w przekazie a także o wiele bardziej edukujący. Autora dość odważnie stara się zrozumieć mieszkańców Pekinu, ich rozterki, ich pragnienia, ich myśli. Dość wnikliwie analizuje i przedstawia w bardzo przyjemnej formie videoreportażu.
Niemniej jednak odcinek który dziś prezentuje poświęcony jest ślubom w Pekinie.
Zupełnie niespodziewanie miałem okazje zrobić kilka zdjęć, w nowej kawiarnii. Prócz klimatycznego wnętrza, będzie można napić się kawy… oraz już niedługo – jak zapewnia właścicielka – prawdziwej czekolady… (obecnie w Łodzi wszędzie zamiast czekolady podawane jest kakao, a ostatnio to już nawet miałem okazje dostać budyń czekoladowy…)
Kawiarnia zanajduję się przy ul. Narutowicza 45 w Łodzi (przy restauracji Orfeusz) – wejście z bramy…